2010-02-05 00:22:56 .
Pałętam się po mieszkaniu przyjaciółki, moje rzeczy pałętają się obok kanapy w torbach i nic nigdy nie mogę znaleźć gdy szykuję się do pracy. Oczywiście ze mną są tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Reszta u P. i w piwnicy u koleżanki pod Warszawą.
Codziennie jeżdżę do Castoramy z majstrami. Stałam się specjalistką od zamawiania żwiru, kupowania cementu i innych budowlanych rzeczy. Moje mieszkanie zaś nie wygląda jak mieszkanie ale jak jego strzępek. Po rozwaleniu ściany kuchennej stało się dużo większe. Mam 3 majstrów. Dwóch z nich dodało mieszkaniu jakieś 20 metrów gdy zapytałam o metraż, trzeci pomylił się tylko o 12, wszystko in plus.
Faktury za remont wkładam posłusznie do teczki, notuję też skrupulatnie wszystko w Excelu, a wydatki dwoją się i troją. Jestem jeszcze na etapie głębokiem budowy, choć chłopaki uwijają się - przyznać im muszę. Nie mówią do mnie kierowniczko i całe szczęście, bo nie cierpię terminologii PRLu. Słuchają za to mojego taty, więc jak jest problem, to jemu oddaję słuchawkę, jemu albo architektowi.
Generalnie ciągle mam dylematy - czy zrobić coś super porządnie czy tylko porządnie i jak zwykle chodzi o pieniądze.
Najwcześniej remont skończy się za półtora miesiąca. Półtora miesiąca wegetacji.
Całe życie temu podporządkowałam ostatnio i jestem już tym zmęczona. Podejmowanie decyzji w kwestiach remontowych jest równie trudne jak kupowanie samochodu, tyle szczegółów, że hoho, a tak naprawdę liczy się efekt końcowy.
Jedyną odskocznią w najbliższych dniach ma być impreza u koleżanki. Wróciła z półrocznej podróży po południowo-wschodniej Azji i Ameryce Południowej i zaprasza do siebie na oglądanie zdjęć i małą imprezę.
skomentuj (2) 2010-01-27 00:32:25 .
Zainicjowałam nową świecką tradycję. Wspólne gotowanie wśród dalszych i bliższych znajomych. Kupujemy rzeczy, nawet te wyszukane i gotujemy dla 3-4 osób.
Wdziewam czapę szefa kuchni i wyszukuję przepisy, po których lekturze oceniam czy coś jest warte uwagi czy może nie. Pytam się dziś gospodyni (która pomieszkuje ze swoim facetem): jaką kuchnię preferujecie
ona mi odpisuje że Krzyś nie lubi tego i tego, a poza tym lubi mięso [ani słowa o sobie]
a ja się u licha pytam (tylko w duchu, bo wprost nie warto, to nie moja sprawa przecież) gdzie się podziała jej tożsamość i dlaczego wiele znajomych mi młodych kobiet nie ma swojego zdania, nigdy nie zaczyna zdania od ja to bym chciała to ..., a on... czyli stawiając go w szeregu czasem za nią, a nie zawsze przed nią, jakby ona w tej - dwustronnej przecież - relacji liczyła się mniej.
Ja rozumiem zaprogramowanie kulturowe, ale sorry, żyjemy w XXI i jesteśmy wykształceni. To do czegoś zobowiązuje.
Nigdy, na żadnym forum nie nazwę się "mamaKrzysia" "żonaMarka" czy co gorsza "Mariuszowa Kowalska"
bo wówczas zaprzepaściłabym cały dorobek feminizmu. W tym wypadku nie sprawdza się powiedzenie nigdy nie mów nigdy.
skomentuj (10) 2010-01-26 20:46:10 .
Ryczę, tak mnie naszło. Nie z powodów natury egzystencjalnej, ale dziś rano przykuł moją uwagę plakat ze zdjęciem - na przystanku autobusowym. O zaginięciu 18letniej dziewczyny.
A na końcu takie zdanie: Zrozpaczona mama czeka na kontakt.
I to zdanie cały dzień za mną chodzi. Już na przystanku się wzruszyłam, jak wyobraziłam sobie co ta matka może przeżywać, i co może się dziać z tą dziewczyną. Do tego wczoraj czytałam artykuł o dziewczynach, które zostały zmuszone do bycia prostytutkami...
muszę się opanować zamiast przejmować się tym wszystkim...
Tamta mama przywiodła na myśl moją mamę. Przed Świętami miałam dość trudny okres, bo nie chciało mi się gadać z nikim. Smutno mi było, że nie wychodzi mi, nawet nie że z P. nie wyszło, ale że z kimś tam nie wyszło (znowu). Moja kochana mama też musiała być smutna, bo nie odbierałam telefonów przez kilka dni. Naprawdę chciałam być sama. Mama zadzwoniła w końcu do pracy i mnie znalazła i mówiła, że się zmartwiła, że coś się stało, żebym chociaż napisała że żyję. Mówiła że spać nie mogła. To był czas ustalania menu świątecznego, napisała mi wtedy smsa: przywieź to, ja zrobię tamto i jeszcze dopisek, który był dla mnie również wzruszający: kocham Cię Lily. Mama
***
Na marginesie - czytał ktoś może autobiograficzną książkę Andy Rottenberg "Proszę bardzo". Ona czekała na syna od zaginięcia 10 lat... by okazało się po latach się że jej syna znaleziono kiedyś na schodach jednej w warszawskich kamienic i pochowano jako N/N. Polecam książkę, chociaż jeszcze jej nie skończyłam, a skończę dopiero jak wprowadzę się na nowo do mieszkania (i rozpakuję z kartonów). Choćby po to warto ją przeczytać, by zobaczyć jak zagmatwane mogą być losy ludzkie i skąd można czerpać siłę pomimo przeciwności losu - dodam że nie kalibru lekkiego, ale dotykającego najważniejszej osoby -dziecka.
skomentuj (0) 2010-01-25 21:37:12 .
Ekipa remontowa wczoraj przełożyła swój przyjazd na za tydzień. Pasuje mi to nawet, bo jeszcze wiele rzeczy jest niedogadanych z architektem.
Wolnego nie odwoływałam. Chciałam zrobić dziś porządek w piwnicy, ale zapomniałam kodu do kłódki wejściowej... Komentarz zbędny.
Siedzę w ciszy, bo telewizor odłączony. Ciągle wyje dziecko sąsiadów, które własnie wkroczyło w okres buntu dwulatka. Przed jego urodzeniem nie wiedziałam tak naprawdę co to znaczy mieszkać w bloku, bo sąsiadów nie było słychać... Szlag mnie trafia póki co.
Nie da się zrobić remontu, za kwotę którą założyłam. Podliczyłam wstępnie.
Mieszkanie to skarbonka... Założyłam w notesie rubrykę, w której wpisuję wszystkie wydatki - żeby się nie pogubić.
W sumie trzeci dzień w domu. Ruszyłam się tylko do biblioteki oddać niepotrzebne mi książki, do sklepu po kartony; samochodu nawet nie próbowałam odpalić, bo za zimno. W sobotę w nocy, gdy wracałam z imprezy zgasł mi kilka razy, ledwo dojechałam po domu. A że było coś koło pierwszej to ani mi się śniło zostawiać go kilka km od domu i wracać piechotą...
W związku z tym, że remont przesunięty jeszcze porządkuję papiery. Jest to po prostu neverendingstory.
Wykończę się. Jutro odskocznia - idę na koncert chopinowski. Zaprosiłam koleżankę, a ta oświadczyła, że przyjdzie ze swoim chłopakiem i z kolegą. Czuję, że bawi się w swatkę :)
skomentuj (0) 2010-01-23 01:49:17 .
Projektant ma mi dziś w nocy przesłać projekt mieszkania i już widzę, że będzie dobrze; jestem podekscytowana. Bardzo!
Bardzo przyzwoita cena, bardzo fajne cząstkowe pomysły i odwiedzenie mnie od wielu pułapek, które bym popełniła na bank. O dziwo rodzice nie uważają za ekstrawagancję pomocy architekta i mówią, że dobrze, że jest, że nie jestem z tym sama. A myślałam, że zganią mnie za trwonienie pieniędzy na "głupoty"
pani od łazienki w ogóle podziękowałam, bo wyszło na jaw że jest niedouczona (a już w ogóle tekst, że ona ma projekt a czy jest to wytrzymałe, to już mi musi powiedzieć wykonawca; albo że ona nie będzie jeździć po sklepach i proponować mi alternatywnych rozwiązań sprzętowo-płytkowych rozłożył mnie na łopatki), straciłam trochę pieniędzy na projekt, ale w sumie i tak zaoszczędzę na rozwiązaniach, które proponuje mi nowy architekt
odkąd zaczęłam myśleć o remoncie na poważnie, moje życie towarzyskie zamarło, ba! nawet fitness zamarł od ponad tygodnia. Nie gotuję od tygodnia, nie oglądam telewizji i jestem dość monotematyczna.
siedzę na forum budowlanym i się dokształcam. Od kiedy pamiętam w każdych sprawach się dokształcam. Poradniki o seksie też czytałam, i to bezpośrednie przed początkiem
czekam na nowe mieszkanie, aż zrobię parapetówkę - już widzę oczami wyobraźni jak piękną mam kuchnię - taką wymarzoną od zawsze, z dobrym sprzętem kuchennym, w której wszystko się mieści, itp.
[nie chcę myśleć co będzie w tak zwanym międzyczasie, zanim osiągnę taki efekt]
od poniedziałku będę mieć czasowy dom u przyjaciółki, powiedziała, że przechowa mnie choćby i dwa miesiące, czyli tyle ile będzie trzeba. Dobrze mieć przyjaciół.
Od poniedziałku bowiem ekipa remontowa welcome to.
skomentuj (6) 2010-01-10 23:25:11 .
Pakowanie się to naprawdę ciężka praca. P. (stary) powiedział, że on przyjedzie po rzeczy i kropka - tym samym nie ja do niego a on do mnie i nie musiałam się przez zaspy śnieżne przedzierać. Miło z jego strony, że się pofatygował. Naprawdę nie wiem jak mu się odwdzięczę. W kolejny weekend przyjedzie po kolejną partię.
spakowałam cały jego samochód, a ubyło z domu tylko trochę
jak się pakowałam, pierwszy raz się przeraziłam, że będę bez domu - szacuję, że ze dwa miesiące - a potem też tak na pół gwizdka
bez kuchni, bez mebli (mam nadzieję, że znajdą się chętni koledzy do rozkręcania a potem do skręcania mebli)
nigdy tak nie mieszkałam, nawet na studiach miało się swój kąt, a przeprowadzałam się tylko raz- i to od razu do siebie. Od tego czasu przybyło mi sprzętów... Poza tym wtedy przeprowadzałam się z jednego mieszkania do drugiego, a tutaj tułać się będę gdzieś po świecie.
Cały zeszły tydzień walczyłam o swój powrót do zdrowia po górach, jeszcze w piątek było nieco powyżej średniej - 37,05
wczoraj przez pogodę zrezygnowałam z wyjścia gdziekolwiek do klubu, bo jak wyobraziłam sobie siebie nurkującą butami w zaspach w celu zrobienia kolejnego kroku (a dodatkowo o wzięciu butów imprezowych na zmianę) to mi się odechciało
zadzwoniłam tylko do koleżanki na skypie i żeśmy sobie razem piwo wypiły :)))